A A A

W przygotowaniu

 

Fragment książki „Od Wisły do rzeki Perłowej”:


Martynowicz, w odróżnieniu od spotykanych na trasie innych szefów placówek dyplomatycznych PRL, miał głęboką wiedzę o kraju swojego urzędowania, mimo, że był tu od niedawna. Sprawiał wrażenie naukowca i chyba miał ukończone studia orientalistyczne. Znał język dari - odmianę perskiego, którym w Afganistanie posługuje się ponad połowa ludności.


- Przekleństwem Afganistanu jest strategiczne położenie na skrzyżowaniu dróg wiodących przez kontynent azjatycki - powiedział. Każdy, kto w celach najeźdźczych albo handlowych wyprawiał się z Europy do Azji lub z krańców Azji do Europy, musiał zawadzić o Afganistan. Choć pozbawiony znacznych bogactw naturalnych, był łakomym kąskiem dla każdego najeźdźcy. Wszyscy chętnie włączali go do swojego imperium i za każdym razem ludność zaciekle walczyła o swą wolność. Uformowało to charakter Afgańczyków jako twardych ludzi, a trudne warunki egzystencji w tym kraju niebotycznych gór i rozległych pustyń jeszcze bardziej te cechy spotęgowały. Przez wieki, aż do czasów współczesnych, stale się tu kotłowało. Afgańską ziemię deptali Persowie, Macedończycy i Grecy, Mongołowie Uzbecy, Hindusi, Sikhowie, wreszcie Anglicy. Oprócz tego brali się za łby lokalni władcy i pretendenci do tronu, walczyły między sobą miejscowe plemiona, wybuchały zbrojne bunty i powstania. W burzliwej i krwawej historii Afganistanu ręce, a raczej miecze, maczali wszyscy znani w dziejach najeźdźcy i okrutnicy. Wszystkich ich wcześniej lub później mieszkańcy Afganistanu potrafili wypędzić ze swego kraju i jeszcze odpłacić się za najazd. Szczególnie przekonali się o tym właśnie Brytyjczycy, którzy w XIX i XX wieku wielokrotnie podejmowali próby zawładnięcia Afganistanem i połamali sobie na nim zęby.


Od ulicznego sprzedawcy kupiłem afgańskie sandały: dwa skrzyżowane płaty wielbłądziej skóry na grubej podeszwie. Były równie elastyczne, jak wystrugane z drewna chodaki. Przeszedłem w nich 100 metrów i okulałem. Stopy miałem we krwi i w bąblach Wokół mnie Afgańczycy śmigali w takim obuwiu jak jaskółki. Martynowicz wyjaśnił, ze większość ludności, szczególnie wśród nomadów, chodzi boso. Skóra na ich stopach jest gruba i twarda jak końskie kopyto, więc taki sandał im niestraszny. Zimą chodzą w nich bez skarpet przy 30-stopniowym mrozie i nie odmrażają nóg Są przystosowani do ekstremalnych warunków bytowania. Tu warunki życia dokonują ostrej selekcji, przeżywają tylko najsilniejsi.


Ważniejszy jednak niż wytrzymałość na trudy i siła fizyczna, jest charakter Afgańczyków, przywiązanie do plemiennych zasad i religijny fanatyzm. Nawet uzbrojony po zęby, ale słaby duchem żołnierz, myślący tylko o jak najszybszym powrocie w domowe pielesze, nie ma żadnych szans w porównaniu z Afgańczykiem, od małego zaprawianym do wojaczki, wychowanym w pogardzie śmierci, którego ulubionym zajęciem jest wojna i dla którego śmierć na polu walki to zapowiedź wiecznej szczęśliwości w objęciach 72 hurys z islamskiego raju.


Przed przekroczeniem granicy afgańskiej nasłuchaliśmy się opowiadań o niebezpieczeństwach grożących Europejczykom w tym kraju. Nas, pierwszych polskich dziennikarzy, którzy tu dotarli, witano życzliwie, chętnie udzielano informacji, wskazano drogę, zapraszano w gościnę. Spotkałem też ludzi, którzy coś niecoś wiedzieli o Polsce i Polakach. Przed II wojną światową polscy inżynierowie planowali i budowali tu drogi i mosty, których resztki, bo przez kilkadziesiąt lat nikt ich nie naprawiał, widzieliśmy w drodze do Kabulu. Polak był naczelnym architektem króla Zahir Szacha i budował królewskie pałace, a Makowski, pilot, który brał udział w bitwie o Anglię, organizował lotnictwo cywilne. Afgańczycy wiedzieli o walce naszego narodu w okresie zaborów i w czasie II wojny światowej. Martynowicz ubolewał, że ten kredyt zaufania, przyjaźni i szacunku jest podważany. Radca handlowy musiał się ukrywać przed krewkimi kupcami afgańskimi, bo grozili mu śmiercią za buble i nieterminowe dostawy. Dodatkowo naraził się jednemu z nich za niewczesny żart, kiedy wybrał się na zakupy z żoną kolegi,
W jednym ze sklepów kupiec zapytał go, czy towarzysząca mu kobieta jest jego żoną.


- Nie - odpowiedział zgodnie z prawdą.
Uświadomił sobie jednak, że spacerowanie po Kabulu w towarzystwie kobiety nie będącej żoną lub krewną jest sprzeczne z miejscowymi obyczajami i chcąc wybrnąć z sytuacji, dodał:
- To moja siostra.
Prima sort kobieta - cmoknął z uznaniem Afgańczyk. - Czy zamężna? Radcę diabeł podkusił:
- Nie, panna.
- To ja się z nią ożenię. Mogę zaraz zapłacić.
- A ile by pan dał?
- Dziesięć tysięcy dolarów.
- Tylko tyle za taką piękną kobietę? Niżej dwudziestu nie ma o czym mówić.


Targ w targ stanęło na piętnastu tysiącach. Nieświadoma niczego pani uśmiechała się zalotnie do Afgańczyka. Do transakcji nie doszło, ale radca musiał natychmiast zniknąć z Kabulu, bo oburzony kupiec groził mu śmiercią za niedotrzymanie słowa.
- Podobno - śmiał się Martynowicz - także mąż tej pani miał pretensje do radcy że nie dokonał transakcji.