A A A

W przygotowaniu

 

Fragment książki „Żelazna obroża”:


Normą w Małej Bazie było to, że ginął każdy przedmiot, który właściciel choćby na chwilę spuścił z oka. Znikały bez śladu koszule, skarpetki i gacie powieszone do wyschnięcia, z jadalni ulatniały się sztućce i zastawa, a z lodówek w hauszach w tajemniczy sposób znikała żywność. Przede wszystkim jednak ginęło dobro firmowe: maszyny, narzędzia, cement, piasek i żwir. Nigdy nikogo nie złapano za rękę, nawet wówczas, gdy zdematerializowała się nowa koparka zaparkowana przed warsztatem. Nie wyjechała przez bramę, strzeżoną w dzień i w nocy przez polskich i arabskich dozorców, nie było też śladów, że sforsowała ogrodzenie. Tajemnicy nie udało się wyjaśnić dwóm komisjom śledczym i miejscowej policji.


- Panie, cud po prostu! Kamień w wodę! Tyle, że na pustyni nie ma wody – śmiał się Tuptuś.
Ale ja nie dałbym głowy, że w tym cudzie nie maczał palców.


Życie na kampie nie rozpieszczało nadmiarem atrakcji, więc po pracy każdy starał się jak mógł wypełniać wolny czas. Jedni drzemali, inni pisali tasiemcowe listy albo zaczytywali do cna kilkadziesiąt książek z biblioteczki, w większości kryminałów pozbawionych końca albo początku. Grano w szachy, w „oko” albo „66”, rzadziej w brydża, i to przeważnie z „dziadkiem”, bo zwykle brakowało czwartego. Boisko do siatkówki zarosło zielskiem. Najpopularniejsza formą rozrywki było „dać sobie w szyję”. Powód do picia znalazł się zawsze. Pito z nudów, z niepokoju, że listy z domu długo nie nadchodzą, a kiedy już przyszły – z powodu złych lub dobrych wieści.


W każdy wtorek po południu nad Małą Baza przelatywał samolot z Warszawy. Leciał nisko, więc można było dostrzec napis PLL LOT.


- O, lecą nasze listy! I baltona!


Baltoną nazywano żywność przysyłaną z Polski za pośrednictwem nowo przybyłych pracowników. Najczęściej było to pęto kiełbasy, kawałek wędzonego schabu albo słoik smalcu ze skwarkami. Przybysze nie chcieli się obciążać dodatkowym bagażem, tym bardziej, że celnicy na Okęciu często nadgorliwie przestrzegali limitu wywozu dwóch i pół kilograma żywności na osobę. Kiedy stwierdzili nadwyżkę, konfiskowali wszystko. Tuptuś twierdził, że istnieje niezawodna metoda, aby cały bagaż przeszedł. Należało włożyć do paszportu banknot, najlepiej w kolorze zielonym. Jemu udało się przywieźć w ten sposób kilkadziesiąt kilogramów żywności.


Korzystano z każdej okazji, by pojechać na lotnisko i porozmawiać z przylatującymi, a także zatelefonować do rodziny. Przy jedynej budce telefonicznej stała zawsze długa kolejka. Oczekiwanie trwało nieraz kilka godzin, a gdy wreszcie udało się uzyskać połączenie, zwykle pierwsze słowa troskliwej małżonki brzmiały:


- Kochanie, jak stoi?


Chodziło, oczywiście, nie o potencję, a o stosunek dinara do dolara – czy całkiem nie oklapł. Zarobki otrzymywaliśmy w dinarach przeliczanych po oficjalnym kursie na dolary, które wpływały na konto w kraju. Kiedyś za dinara otrzymywało się prawie pięć dolarów, a teraz niecałe trzy, co wywoływało potężną frustracje po obu stronach telefonicznego kabla.

Strony: « Poprzednia 1 2 3